Co w mej głowie siedzi, co z tym zrobić, gdzie przesunąć?
: 27 kwie 2007, 08:35
Nie radze sobie już z czymś, dlatego muszę w końcu kogoś spytać, może ktoś miał podobnie i potrafi wyjaśnić przyczynę, albo podać receptę jak uleczyć.
Związek. 2 lata. Dojrzewa coraz mocniej – niedługo razem zamieszkamy. Tymczasem, standardowo chyba – problemiki, które pojawiły się na początku i nie chciały zniknąć przez kilka miesięcy, przez ten czas urosły do dużych problemów i nie chcą przestać rosnąć.
Zaborczość? Zazdrość? Sam nie potrafię tego nazwać. Pewnie jedno i drugie po trochu. Czy mam powody? Teoretycznie nie. Co do zazdrości – wobec poprzedniego faceta nie była do końca ok, ale żałuje mocno i zmieniła się. To akurat nieistotne – istotne, że ja o tym wiem i to może być powodem ograniczenia zaufania. Czy to odeszło, czy może powrócić.
Zaborczość – początki drażniły tylko gdy odwoływała ze mną spotkanie, ze względu na pracę, albo gdy się spóźniała pół godziny. Teraz się nie spóźnia i nie odwołuje – stara się, bo wie, że mnie to drażni – były małe zgrzyty z tym związane. Czy przestałem się irytować? Nie. Jak wkurzało mnie 30 minut spóźnienia to teraz do furii doprowadza 5 minut. Nie do końca i dosłownie problem – przykład taki, metafora.
Może przykład pomoże, nie będę szukał daleko, z dnia dzisiejszego, nie dalej. Praca całe dnie, wieczory, jeśli wolne ma to rano, jak ja pracuje – kontakty sporadyczne. Być może to jest powodem poirytowania... Być może, jak już pisałem – sam nie potrafię odpowiedzieć na pytania swoje. Godziny w miare uregulowane, ale bywają nadgodziny. Czekam od 18 już czekam bo wyczuwam, że niedługo wróci, niemal jak dziecko nawet nie nastoletnie, czekające na matkę mającą niebawem wrócić z pracy do domu. Powróty o godzinach nieregularnych, w czwartki między 19, a 20.30 przeważnie. Umysł zajmuję innymi sprawami, ale nie pozwala mi to nie zauważyć jak wskazówki mijają 21 i mkną dalej. Nadgodziny pewnie znowu... A może coś się stało? A może mnie zdradza, co czwartek wychodzi o 8 i wraca o 21? Myśli wszelakie szaleją po głowie a ja je niczym packą na muchy zabijać, odrzucać staram. Odbijanie zdaje się rezultatu nie odnosić, więc może by przesłonić myślą jakąś dobrą, rozsądną: pracuje, ma nadgodziny, bo na weekend przedłużany jedziemy, więc pewnie musi wszystko zamknąć, żeby ze mną czas móc spędzić razem.
Myśl wisi sekund pare i... bum zburzona pada. „Smsa wyślij, spytaj czemu tak długo nie ma” - słychać gdzieś jakby zza pleców. No tak – do pracy dzwonić nie będę coby nie przeszkadzać, ale sms nie przeszkadza, jak będzie wolną chwilę miała to odpisze kiedyś, a ja będę spokojny. Pisze, poszło. Czekam, czekam. Nic, cisza. Nie odpisuje. Jezus ile to już czasu minęło od kiedy napisałem. Już prawie minuta. Zajęta zatem. Czym zajęta? Przecież nawet jak zajęta to odpisuje. Zbić myśli złe, zabić. Pewnie nie słyszy, mknie tramwajem na spotkanie ze mną, hałas w środku i nie słyszała.
A może boi się wyjąć telefon, bo o tej godzinie różni ludzie w tramwajach jeżdżą. Mogli by w łeb dać i telefon zabrać. A może próbowała właśnie wyjąć i w łeb dali? A może seks uprawia z kimś, z kierownikiem z pracy, albo z tym Mariuszem, z działu kadr kurde cholera? Minęły już 2 minuty od kiedy wysłałem smsa. Zadzwonię, spytam, czy wszystko ok, bo późno i się martwię. Nie głupi, na idiotę wyjdę, na przerwrażliwieńca. Nie bądź głupi nie dzwoń. Zajmij się innymi rzeczmi. Ok, wrażliwość eksperymentu numercznego... a jak we krwi leży? Czekam jeszcze do pełnych 10 minut i dzwonie. Jeszcze 6 minut. Zająć się czymś? Nie mogę, żołądek boli, za mocno czekam. Nie czekaj tak, to nie będzie bolał. Nie potrafię. Zostało jej już tylko 30 sekund i dzwonie. Jezus, prawie na pewno martwa już jest, bo o tej godzinie w pracy by nie była, a w drodze, odebrałaby. 10 sekund... sms: „zostałam dłużej w pracy o 22 będę”. Powietrze spuszczane z balonu. Balon nie pękł cały, ale kokardka która trzymała ujście powietrza pękła pozwalając ujść całemu napięciu żołądka. Jest cisza, jest spokój, wszystko ok.
Eksperymenty numeryczne, polegające na... a czemu tak długo siedziała w pracy? Może faktycznie z tym baranem z działu kadr? Nie, niemożliwe, przecież wie, że to baran, przecież z nami super, mamy jechać razem na długi weekend, będzie super, chciała sprawy w pracy przed wyjazdem upożądkować. A może... Cóż, pozostało czekać.
Gong wybija 22. Wraca punktualnie. Cieszy. Powie pewnie zaraz: „kotku martwiłeś się?”, „tęskniłeś skarbie?”, a później „teraz ci wszystko wynagrodzę”. Wchodzi, rzuca płaszcz na kanapę, daje buziaka w polik i idzie do łazienki. O jezu. Czemu nie pyta? Czemu jej nic nie interesuje? Co się stało, czemu tak długo w pracy? Nic jej się nie stało? Nie bała się tak sama w nocy? Wychodzi. Dobrze, teraz będę cicho to pewnie coś powie. Otwiera usta – tak będzie mówiła. „Byłeś w banku?”. O jezu, jakim banku, co to ma za znaczenie, życie ty moje, gdzie byłaś, a nie czy byłem w banku. Tłumaczę zdawkowo, coby do tematu wrócić. Nie wraca, znowu wychodzi, po kolację pewnie. Uspokoić się muszę. W domu jest, widziałem ją, nic się nie stało. Podrzucam do głowy myśl: pracowała, żeby weekend móc ze mną spędzić. Myśl wisi w świadomości, nic nie próbuje jej odbić, odsunąć. Jest dobrze. Wraca, uśmiecha się. Rozmawiamy o najbliższym weekendzie. „A wiesz, ten Marek z działu kadr to powiedział, że chyba schudłam”. Jezeus, kiedy, gdzie, jak? Co jak dokmenty na ksero odbijali? Przy automacie z kawą? Ale to nie widać przecież, że ktoś tak schudł. To najlepiej widać jak się rozbierze. Ja nie widzę. A może dlatego, że widzę ją codziennie i trudniej dostrzec różnicę? Rozbierze? Że rozebraną ją widział? Nie – tej mysli ma tu nie być. Dajmy inną: jak zauważył, to znaczy, że ją rzadko widzi, a to już plus. „To pójdziesz do tego banku jutro?”. Jezu w dupie ten Twój bank mam, kim jest ten Marek mi lepiej powiedz. Powiem jej, porozmawiam, zrozumie, przecież ona wszystko rozumie, jak jej się wytłumaczy. Ok mówię... telefon jej dzwoni. Z pracy ktoś. Musi odebrać. Poszła. Pewnie ten Marek censored w dupe jebany znowu. Nie będę z nią gadał.
To przykłady są, codzienne. Takie drobne, a takie duże. Trwają i zginąć nie chcą. Żebym chociaż miał podłoże i mógł powiedzieć sobie samemu: „pewnie znowu z tym Markiem tak jak kiedyś”, ale nie mogę “tak jak kiedyś”. Szukam winnego na którego by można zrzucić frustracji swej efekt, zdenerwowanie. Rozglądam się dookoła, ale nikt nie chce się wychylić, wszyscy się pochowali. Stoję sam pośrodku areny, dookoła oceniające oczy, którym nietrudno w tym jednoosobowym tłumie będzie znaleźć powód moich kłopotów. Kara, jaka kara Wysoki Sądzie?
Spisane wczoraj. Tak to mniej więcej wygląda w mojej głowie. Powtarza się prawie codziennie. Wiem, że niezdrowe. Mam w zasadzie 3 wyjścia:
1. Zamknąć ją w klatce
2. Skończyć to wszystko
3. Znaleźć przyczynę myśli tych moich niesfornych
1 niestety się nie da, 2 mi się nie podoba, stąd 3 - wołanie o pomoc na forum.
Związek. 2 lata. Dojrzewa coraz mocniej – niedługo razem zamieszkamy. Tymczasem, standardowo chyba – problemiki, które pojawiły się na początku i nie chciały zniknąć przez kilka miesięcy, przez ten czas urosły do dużych problemów i nie chcą przestać rosnąć.
Zaborczość? Zazdrość? Sam nie potrafię tego nazwać. Pewnie jedno i drugie po trochu. Czy mam powody? Teoretycznie nie. Co do zazdrości – wobec poprzedniego faceta nie była do końca ok, ale żałuje mocno i zmieniła się. To akurat nieistotne – istotne, że ja o tym wiem i to może być powodem ograniczenia zaufania. Czy to odeszło, czy może powrócić.
Zaborczość – początki drażniły tylko gdy odwoływała ze mną spotkanie, ze względu na pracę, albo gdy się spóźniała pół godziny. Teraz się nie spóźnia i nie odwołuje – stara się, bo wie, że mnie to drażni – były małe zgrzyty z tym związane. Czy przestałem się irytować? Nie. Jak wkurzało mnie 30 minut spóźnienia to teraz do furii doprowadza 5 minut. Nie do końca i dosłownie problem – przykład taki, metafora.
Może przykład pomoże, nie będę szukał daleko, z dnia dzisiejszego, nie dalej. Praca całe dnie, wieczory, jeśli wolne ma to rano, jak ja pracuje – kontakty sporadyczne. Być może to jest powodem poirytowania... Być może, jak już pisałem – sam nie potrafię odpowiedzieć na pytania swoje. Godziny w miare uregulowane, ale bywają nadgodziny. Czekam od 18 już czekam bo wyczuwam, że niedługo wróci, niemal jak dziecko nawet nie nastoletnie, czekające na matkę mającą niebawem wrócić z pracy do domu. Powróty o godzinach nieregularnych, w czwartki między 19, a 20.30 przeważnie. Umysł zajmuję innymi sprawami, ale nie pozwala mi to nie zauważyć jak wskazówki mijają 21 i mkną dalej. Nadgodziny pewnie znowu... A może coś się stało? A może mnie zdradza, co czwartek wychodzi o 8 i wraca o 21? Myśli wszelakie szaleją po głowie a ja je niczym packą na muchy zabijać, odrzucać staram. Odbijanie zdaje się rezultatu nie odnosić, więc może by przesłonić myślą jakąś dobrą, rozsądną: pracuje, ma nadgodziny, bo na weekend przedłużany jedziemy, więc pewnie musi wszystko zamknąć, żeby ze mną czas móc spędzić razem.
Myśl wisi sekund pare i... bum zburzona pada. „Smsa wyślij, spytaj czemu tak długo nie ma” - słychać gdzieś jakby zza pleców. No tak – do pracy dzwonić nie będę coby nie przeszkadzać, ale sms nie przeszkadza, jak będzie wolną chwilę miała to odpisze kiedyś, a ja będę spokojny. Pisze, poszło. Czekam, czekam. Nic, cisza. Nie odpisuje. Jezus ile to już czasu minęło od kiedy napisałem. Już prawie minuta. Zajęta zatem. Czym zajęta? Przecież nawet jak zajęta to odpisuje. Zbić myśli złe, zabić. Pewnie nie słyszy, mknie tramwajem na spotkanie ze mną, hałas w środku i nie słyszała.
A może boi się wyjąć telefon, bo o tej godzinie różni ludzie w tramwajach jeżdżą. Mogli by w łeb dać i telefon zabrać. A może próbowała właśnie wyjąć i w łeb dali? A może seks uprawia z kimś, z kierownikiem z pracy, albo z tym Mariuszem, z działu kadr kurde cholera? Minęły już 2 minuty od kiedy wysłałem smsa. Zadzwonię, spytam, czy wszystko ok, bo późno i się martwię. Nie głupi, na idiotę wyjdę, na przerwrażliwieńca. Nie bądź głupi nie dzwoń. Zajmij się innymi rzeczmi. Ok, wrażliwość eksperymentu numercznego... a jak we krwi leży? Czekam jeszcze do pełnych 10 minut i dzwonie. Jeszcze 6 minut. Zająć się czymś? Nie mogę, żołądek boli, za mocno czekam. Nie czekaj tak, to nie będzie bolał. Nie potrafię. Zostało jej już tylko 30 sekund i dzwonie. Jezus, prawie na pewno martwa już jest, bo o tej godzinie w pracy by nie była, a w drodze, odebrałaby. 10 sekund... sms: „zostałam dłużej w pracy o 22 będę”. Powietrze spuszczane z balonu. Balon nie pękł cały, ale kokardka która trzymała ujście powietrza pękła pozwalając ujść całemu napięciu żołądka. Jest cisza, jest spokój, wszystko ok.
Eksperymenty numeryczne, polegające na... a czemu tak długo siedziała w pracy? Może faktycznie z tym baranem z działu kadr? Nie, niemożliwe, przecież wie, że to baran, przecież z nami super, mamy jechać razem na długi weekend, będzie super, chciała sprawy w pracy przed wyjazdem upożądkować. A może... Cóż, pozostało czekać.
Gong wybija 22. Wraca punktualnie. Cieszy. Powie pewnie zaraz: „kotku martwiłeś się?”, „tęskniłeś skarbie?”, a później „teraz ci wszystko wynagrodzę”. Wchodzi, rzuca płaszcz na kanapę, daje buziaka w polik i idzie do łazienki. O jezu. Czemu nie pyta? Czemu jej nic nie interesuje? Co się stało, czemu tak długo w pracy? Nic jej się nie stało? Nie bała się tak sama w nocy? Wychodzi. Dobrze, teraz będę cicho to pewnie coś powie. Otwiera usta – tak będzie mówiła. „Byłeś w banku?”. O jezu, jakim banku, co to ma za znaczenie, życie ty moje, gdzie byłaś, a nie czy byłem w banku. Tłumaczę zdawkowo, coby do tematu wrócić. Nie wraca, znowu wychodzi, po kolację pewnie. Uspokoić się muszę. W domu jest, widziałem ją, nic się nie stało. Podrzucam do głowy myśl: pracowała, żeby weekend móc ze mną spędzić. Myśl wisi w świadomości, nic nie próbuje jej odbić, odsunąć. Jest dobrze. Wraca, uśmiecha się. Rozmawiamy o najbliższym weekendzie. „A wiesz, ten Marek z działu kadr to powiedział, że chyba schudłam”. Jezeus, kiedy, gdzie, jak? Co jak dokmenty na ksero odbijali? Przy automacie z kawą? Ale to nie widać przecież, że ktoś tak schudł. To najlepiej widać jak się rozbierze. Ja nie widzę. A może dlatego, że widzę ją codziennie i trudniej dostrzec różnicę? Rozbierze? Że rozebraną ją widział? Nie – tej mysli ma tu nie być. Dajmy inną: jak zauważył, to znaczy, że ją rzadko widzi, a to już plus. „To pójdziesz do tego banku jutro?”. Jezu w dupie ten Twój bank mam, kim jest ten Marek mi lepiej powiedz. Powiem jej, porozmawiam, zrozumie, przecież ona wszystko rozumie, jak jej się wytłumaczy. Ok mówię... telefon jej dzwoni. Z pracy ktoś. Musi odebrać. Poszła. Pewnie ten Marek censored w dupe jebany znowu. Nie będę z nią gadał.
To przykłady są, codzienne. Takie drobne, a takie duże. Trwają i zginąć nie chcą. Żebym chociaż miał podłoże i mógł powiedzieć sobie samemu: „pewnie znowu z tym Markiem tak jak kiedyś”, ale nie mogę “tak jak kiedyś”. Szukam winnego na którego by można zrzucić frustracji swej efekt, zdenerwowanie. Rozglądam się dookoła, ale nikt nie chce się wychylić, wszyscy się pochowali. Stoję sam pośrodku areny, dookoła oceniające oczy, którym nietrudno w tym jednoosobowym tłumie będzie znaleźć powód moich kłopotów. Kara, jaka kara Wysoki Sądzie?
Spisane wczoraj. Tak to mniej więcej wygląda w mojej głowie. Powtarza się prawie codziennie. Wiem, że niezdrowe. Mam w zasadzie 3 wyjścia:
1. Zamknąć ją w klatce
2. Skończyć to wszystko
3. Znaleźć przyczynę myśli tych moich niesfornych
1 niestety się nie da, 2 mi się nie podoba, stąd 3 - wołanie o pomoc na forum.
w dupe jebany znowu. Nie będę z nią gadał.

![:] :]](./images/smilies/krzywy.gif)
