ja :-)
: 03 maja 2007, 12:08
Mam 20 lat, mój chłopak jest rok młodszy. Jesteśmy razem od ponad 3 lat. Od ponad 2. pieścimy się, uprawiamy petting, seks oralny. Jesteśmy dla siebie pierwszymi poważnymi partnerami. Nie uprawiamy seksu – z różnych powodów. Muszę przyznać, że są takie miesiące, kiedy: „nie wytrzymam, zrobimy to” (obydwie strony to czują), potem jednak to przechodzi, znowu jest w miarę spokojnie i wystarcza nam to, co jest. Nie robimy tego – a może powinnam pisać za siebie – z powodu braku odpowiedniego miejsca, strachu, trochę z powodu wiary /nie jestem jakąś fanatyczką religijną! Jest ona na poziomie „umiarkowanym” – powiedzmy, że tak zinterpretowałam sobie pewne fragmenty Biblii /którą uważam za wyznacznik/, iż wychodzi, że dla Boga seks przedmałżeński jest zły. I cały czas rozważam w sobie jak bardzo :)/. Chwile gotowości przeplatają się z takimi, w których jej brakuje.
Ja kocham jego, on mnie. Uważam, że jesteśmy dobrą parą – nie mamy tematów tabu, żadnych zahamowań, nie krępujemy się siebie. Nawet jeśli coś wywołuje zakłopotanie, czy czegoś się wstydzimy, to prędzej czy później zawsze o tym pogadamy /mnie zajmuje mniej-więcej dzień, żeby się przełamać w jakiejś super-hiper krępującej sprawie/. Nie wstydzimy się swojej nagości. Mój chłopak kręci mnie, pociąga fizycznie. Myślę, że ja jego też. Nie uważam siebie za osobę oziębłą. Czuję pożądanie, czuję fascynację moim chłopakiem, potrafimy się nawzajem „nakręcić”.
W czym więc problem? Zastanawiam się, czy nie jest ze mną coś nie tak. Podczas pieszczot jest mi przyjemnie ale... nie jakoś wyjątkowo. Nie mam nic do zarzucenia mojemu chłopakowi – skupiamy się na sobie po równo, każdy jest biorcą i dawcą. On jest czuły, wiem, że mnie akceptuje i odczuwam to. Pokazujemy sobie, co lubimy, jak jest dobrze, a jak gorzej. Kierujemy sobą. Jesteśmy na siebie otwarci. On za każdym razem ma orgazm, czasem 2, nawet 3. Ja... jak pisałam – jest miło ale nie super. Przypuszczam, ze raz miałam coś zbliżonego orgazmowi – podobno wie się od razu, że to orgazm, ja nie jestem pewna więc stąd to "zbliżonego". Tylko raz było SUPER.
Lubię, gdy mój facet mnie rozbiera, dotyka. Przy pieszczeniu łechtaczki odczuwam coś dziwnego, jest to przyjemne ale z drugiej strony mam ochotę, by przestał – nie sprawia mi to bólu, bardziej odczuwam chęć „zrobienia siku” ;-) /brzmi lepiej niż „oddanie moczu”/.
Nigdy się „zawodowo” nie masturbowałam – próbowałam, ale nie sprawiało mi to przyjemności. Gdy zajmujemy się z moim facetem sobą, czasem skupiam się trochę nad tym, czy ktoś nie wróci do domu – nie zobaczyłby nas /jest to niemożliwe - taki mój chłopak ma pokój i takie mieszkanie, poza tym jego rodzina po wejściu do domu zajmuje się sobą/ ale sama obecność mi przeszkadza: że ktoś chodzi w pokoju obok, wejdzie do kuchni zrobić sobie herbatę, jakieś dźwięki, które są w każdym domu obecne, gdy buszują w nim domownicy. Może to przeszkadza mi się wyluzować? A może za dużo oczekuję po tych pieszczotach, może za dużo sobie wyobrażam?
Ja kocham jego, on mnie. Uważam, że jesteśmy dobrą parą – nie mamy tematów tabu, żadnych zahamowań, nie krępujemy się siebie. Nawet jeśli coś wywołuje zakłopotanie, czy czegoś się wstydzimy, to prędzej czy później zawsze o tym pogadamy /mnie zajmuje mniej-więcej dzień, żeby się przełamać w jakiejś super-hiper krępującej sprawie/. Nie wstydzimy się swojej nagości. Mój chłopak kręci mnie, pociąga fizycznie. Myślę, że ja jego też. Nie uważam siebie za osobę oziębłą. Czuję pożądanie, czuję fascynację moim chłopakiem, potrafimy się nawzajem „nakręcić”.
W czym więc problem? Zastanawiam się, czy nie jest ze mną coś nie tak. Podczas pieszczot jest mi przyjemnie ale... nie jakoś wyjątkowo. Nie mam nic do zarzucenia mojemu chłopakowi – skupiamy się na sobie po równo, każdy jest biorcą i dawcą. On jest czuły, wiem, że mnie akceptuje i odczuwam to. Pokazujemy sobie, co lubimy, jak jest dobrze, a jak gorzej. Kierujemy sobą. Jesteśmy na siebie otwarci. On za każdym razem ma orgazm, czasem 2, nawet 3. Ja... jak pisałam – jest miło ale nie super. Przypuszczam, ze raz miałam coś zbliżonego orgazmowi – podobno wie się od razu, że to orgazm, ja nie jestem pewna więc stąd to "zbliżonego". Tylko raz było SUPER.
Lubię, gdy mój facet mnie rozbiera, dotyka. Przy pieszczeniu łechtaczki odczuwam coś dziwnego, jest to przyjemne ale z drugiej strony mam ochotę, by przestał – nie sprawia mi to bólu, bardziej odczuwam chęć „zrobienia siku” ;-) /brzmi lepiej niż „oddanie moczu”/.
Nigdy się „zawodowo” nie masturbowałam – próbowałam, ale nie sprawiało mi to przyjemności. Gdy zajmujemy się z moim facetem sobą, czasem skupiam się trochę nad tym, czy ktoś nie wróci do domu – nie zobaczyłby nas /jest to niemożliwe - taki mój chłopak ma pokój i takie mieszkanie, poza tym jego rodzina po wejściu do domu zajmuje się sobą/ ale sama obecność mi przeszkadza: że ktoś chodzi w pokoju obok, wejdzie do kuchni zrobić sobie herbatę, jakieś dźwięki, które są w każdym domu obecne, gdy buszują w nim domownicy. Może to przeszkadza mi się wyluzować? A może za dużo oczekuję po tych pieszczotach, może za dużo sobie wyobrażam?
Inspiracje do eksperymentowania tropić wszędy.
U Wisłockiej tego nie było.
Polecam Ci również książkę z linka pani m., którą podała Miltonia. Od siebie poradzę Ci, byś była cierpliwa i wyrozumiała dla siebie i by nigdy w życiu nie przyszło Ci do głowy postępować, jak ja - czyli odpychać partnera, nie pozwalać mu na pieszczoty, gdy po jakimś czasie nic nie wychodzi, z myślą, że Twój orgazm to sprawa drugorzędna, że najlepiej byłoby o nim zapomnieć i kwestii nie poruszać, bo jego brak to tylko hańba dla Ciebie, a wspominając o nim dodatkowo sprawiasz przykrość chłopakowi.

Walcze z tym od dluzszego czasu, ale bezskutecznie
) I koniec koncow odplynelam tak jakbym na jakis czas stracila przytomnosc
)