Swieta
: 08 gru 2008, 09:35
Kiedy byłam dzieckiem, święta Bożego Narodzenia pachniały pomarańczami i choinką. Na początku grudnia pojawiały się pierwsze nieśmiałe światełka lampek choinkowych w sklepach, potem było ich coraz więcej i więcej, rodzice po przyjściu z pracy zamykali tajemniczo drzwi od swojego pokoju, a my wiedzieliśmy, że właśnie ukrywają prezenty dla nas. Oczywiście pod nieobecność rodziców usiłowaliśmy znaleźć w szafach ukryte tajemnice, z większym lub mniejszym skutkiem, ale przynajmniej próbowaliśmy
Na Mikołaja 6 grudnia dostawaliśmy "zdobyczne" słodycze - każda czekolada, a już tym bardziej NRDowski kalendarz adwentowy były rarytasem, bo przecież w sklepach nie było niczego. Staliśmy z mamą i babcią na zmianę w kilometrowych kolejkach i przytupując na mrozie czekaliśmy, czy przywiozą te kubańskie pomarańcze (bardzo słodkie i soczyste, ale w diabelnie twardej skórce), a może "rzucą" rodzynki, czy kawę? W kolejkach stały całe rodziny, bo dawali po sztuce (lub w porywach 2-3 sztuki) na łebka, więc trzeba było być przygotowanym na wymianę z sąsiadką, która stała za cukrem i masłem w spożywczaku na sąsiednim osiedlu. Znajomość ze sprzedawczynią z najbliższego sklepu była najcenniejszą znajomością, bo mieć cynk, gdzie co rzucą było informacją na wagę złota. A już koleżanka u rzeźnika - to były dopiero chody!
Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele czasu i sił kosztowało dorosłych zdobywanie tych wszystkich skarbów, jakimi była szynka, prawdziwe masło czy mandarynki. Dla nas, dzieciaków to była pewnego rodzaju frajda - opatuleni w najcieplejsze rzeczy staliśmy od świtu pod sklepem, jeszcze kilka godzin przed jego otwarciem i cieszyliśmy się, jak to dzieciaki, jeśli w pobliżu była jakaś zamarznięta kałuża, nadająca się na ślizgawkę. Kiedy na Mikołaja dostawaliśmy "paczki żywnościowe" - czyli standartowo czekolada, pierniczki, pomarańcze, orzechy (czasem bez pomarańczy, bo nie dowieźli), cieszyliśmy się z tych skarbów, bo na codzień tego nie było. Spóźnienia do szkoły "bo stałem z mamą po masło" były na porządku dziennym i przez nauczycieli traktowane wyjątkowo wyrozumiale. Po latach, na jednym ze spotkań mojej klasy z podstawówki, nasza wychowawczyni przyznała, że najpiękniejszym prezentem, jaki kiedykolwiek dostała od ucznia była... paczka rodzynek tuż przed świętami, którą chłopiec wystał w kolejce
W 1981 roku tuż przed świętami po mieście jeździły czołgi, tata mojej koleżanki został internowany, nauczycielki w szkole szeptały po kątach i z obawą odpowiadały na nasze dociekliwe pytania "dlaczego?". Jednak święta musiały być, jak zawsze. I były - może smutniejsze, może bardziej zamyślone, ale takie jak święta być powinny. Pamięć ludzka jest łaskawa, pamięta się tylko dobre rzeczy, zapach pieczonego ciasta, choinki i smażonej ryby, taki niepowtarzalny, świąteczny.
Może dlatego denerwuje mnie, że teraz okres przedświąteczny zaczyna się już po 1 listopada, że wokół biegają Mikołaje sprzedający maszynki do golenia, Śnieżynki oferują najnowsze podpaski, a Skrzaty serwują jogurty. Kiedyś Gwiazdor siedział w PTD na poczesnym miejscu i można było powiedzieć mu na ucho swoje życzenia, a on rozdawał uśmiechy i cukierki. Smutno mi, że dzieci nie cieszą się tak jak my, z czekolady, mandarynek i orzechów, że rodzicom coraz trudniej dogodzić dzieciakom, zapatrzonym w reklamy i licytującym się, co kto dostanie i za ile.
małgosia
Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele czasu i sił kosztowało dorosłych zdobywanie tych wszystkich skarbów, jakimi była szynka, prawdziwe masło czy mandarynki. Dla nas, dzieciaków to była pewnego rodzaju frajda - opatuleni w najcieplejsze rzeczy staliśmy od świtu pod sklepem, jeszcze kilka godzin przed jego otwarciem i cieszyliśmy się, jak to dzieciaki, jeśli w pobliżu była jakaś zamarznięta kałuża, nadająca się na ślizgawkę. Kiedy na Mikołaja dostawaliśmy "paczki żywnościowe" - czyli standartowo czekolada, pierniczki, pomarańcze, orzechy (czasem bez pomarańczy, bo nie dowieźli), cieszyliśmy się z tych skarbów, bo na codzień tego nie było. Spóźnienia do szkoły "bo stałem z mamą po masło" były na porządku dziennym i przez nauczycieli traktowane wyjątkowo wyrozumiale. Po latach, na jednym ze spotkań mojej klasy z podstawówki, nasza wychowawczyni przyznała, że najpiękniejszym prezentem, jaki kiedykolwiek dostała od ucznia była... paczka rodzynek tuż przed świętami, którą chłopiec wystał w kolejce
W 1981 roku tuż przed świętami po mieście jeździły czołgi, tata mojej koleżanki został internowany, nauczycielki w szkole szeptały po kątach i z obawą odpowiadały na nasze dociekliwe pytania "dlaczego?". Jednak święta musiały być, jak zawsze. I były - może smutniejsze, może bardziej zamyślone, ale takie jak święta być powinny. Pamięć ludzka jest łaskawa, pamięta się tylko dobre rzeczy, zapach pieczonego ciasta, choinki i smażonej ryby, taki niepowtarzalny, świąteczny.
Może dlatego denerwuje mnie, że teraz okres przedświąteczny zaczyna się już po 1 listopada, że wokół biegają Mikołaje sprzedający maszynki do golenia, Śnieżynki oferują najnowsze podpaski, a Skrzaty serwują jogurty. Kiedyś Gwiazdor siedział w PTD na poczesnym miejscu i można było powiedzieć mu na ucho swoje życzenia, a on rozdawał uśmiechy i cukierki. Smutno mi, że dzieci nie cieszą się tak jak my, z czekolady, mandarynek i orzechów, że rodzicom coraz trudniej dogodzić dzieciakom, zapatrzonym w reklamy i licytującym się, co kto dostanie i za ile.
małgosia

<browar>
![:] :]](./images/smilies/krzywy.gif)


...Rozumiem, że dla niektórych okres ten może być stymulujący, ale nie nie róbmy z tego jednego słusznego wyznacznika. 
), a rodzinnych spędów nie lubię, nie zależnie od tego czy to święta, czy to imieniny.