głupia,brzydka,beznadziejna,czyli Polka?
: 16 gru 2006, 11:54
Pamiętam, kiedy dostałam pracę w telewizji, usłyszałam od koleżanki: dowiesz się prawdy o sobie. Że jesteś beznadziejna, ale przede wszystkim, że jesteś brzydka, gruba, zezowata i źle się ubierasz. Nie myśl, że ktokolwiek, a już szczególnie koleżanka, pochwali cię bezinteresownie. Zapomnij o tym. Przygotuj się jedynie na atak.
Wtedy nie było jeszcze internetowych forów, czyli szamba dla frustratów, ale przepowiednia kumpelki spełniła się co do joty. Nie było to miłe, ale w myśl jakże przydatnej w Polsce zasady, że co cię nie zabije to cię wzmocni, przeżyłam.
Te wspomnienia wróciły do mnie niedawno, kiedy przeczytałam, że po przeprowadzonych w ciągu ostatnich lat badaniach w 13 krajach świata, Polki, obok Japonek, uważają się za najmniej atrakcyjne na świecie. A mnie się wydawało, że Polki są piękne. One same, na co wskazują badania, z trudem uważają się za atrakcyjne, a słowo „piękna” nie przechodzi im przez usta. Za to Brazylijki i Rosjanki otwarcie mówią o sobie: ”piękna”, „atrakcyjna”… A nas tylko ściska zazdrość. Dlaczego?
Pamiętam szok, jaki przeżyłam rok temu w sklepie Zary w centrum Madrytu. Wyprzedaż. Szał zakupów. Lipiec w wielkim mieście. Upał. Parada odkrytych brzuchów, dekoltów, przezroczyste bluzki. W powietrzu zapach lata, spoconej skóry, dojrzewających w słońcu owoców.
Dokoła mnie szaleją trzy młode dziewczyny. Ubrane kolorowo, na oczach wszystkich, bo przebieralnie są pełne, mierzą sukienki. Dziewczyny mają po kilkanaście lat, nie mają wyglądu modelek, przeciwnie, ale śmieją się tak pięknie, dowcipkują, że nie mogę oderwać od nich wzroku. Na ziemi położyły stos sukienek na ramiączkach i przykładają je do siebie przed dwoma wielkimi lustrami. Jedna z nich, burza ciemnych włosów, typ urody Bellucci bez diety, rozmiar na oko 42, ale pięknie opalona, zakłada sukienkę na spodnie i natychmiast pozuje przed lustrem. „Bella!” słyszy od koleżanek, które cmokają z zadowolenia na jej widok. Śmieje się do swojego odbicia w lustrze. Widzę piękną dziewczynę, roześmianą, zadowoloną z tego, jak wygląda, bo widać jak turkusowy odcień współgra z kolorem jej skóry. Zaraz obok niej pojawiają się dwie pozostałe. Pozują przed lustrem. Sukienki z wiszącymi metkami, opinają ich ciała wcale nie w rozmiarze 34, ale one wyglądają genialnie. Pokazują sobie wałeczki, wypinają biusty i jedna drugą łapie za pupę… Cały czas dowcipkują, są głośne, my powiedzielibyśmy - źle wychowane, ale szczęśliwe. Bawią się modą i sobą. Dobierają paski i torebki. Równie młoda jak one ekspedientka widząc to, uśmiecha się i mówi tylko „Super!”. Po chwili dziewczyny wychodzą ze sklepu z torbami pełnymi sukienek, torebek i pasków. A ja stoję jak UFOlud patrząc na to z niedowierzaniem.
Kilka tygodni później sklep Zara, centrum handlowe w Warszawie. Dwie atrakcyjne, bardzo szczupłe dziewczyny, typ „białe kołnierzyki”, wyraźnie są na przerwie obiadowej. Zamiast obiadu - zakupy. Kostium, mimo gorąca rajstopy i wysokie szpilki. Delikatny makijaż, idealnie dobrane dodatki. O takich kobietach myśli się, mówiąc o legendarnej podobno urodzie Polek.
Słyszę dialog: ”Wczoraj jadłam tylko jogurt i banana, muszę wcisnąć się w te spodnie”, mówi jedna oglądając dżinsy. „A nie kupisz może większych?” pyta druga. „Co ty? Mam grubo wyglądać?”. „Nic dziwnego, że jesteś gruba, jak jesz banany, przecież one tuczą”, odparowuje druga. Znowu stoję jak UFOlud, bo nadal pamiętam trzy wesołe młode Hiszpanki i madrycką ulicę. Na niej bowiem przechadzały się, nie boję się tego słowa, całe stada dumnych, zadowolonych z siebie i pewnych siebie kobiet. Niemal żadna nie miała nawet rozmiaru 40, a wysokie obcasy, wydekoltowane suknie, obcisłe dżinsy i bluzki nosiły jak modelki na wybiegu. Z gracją i wzbudzającą podziw samoświadomością. Jakby każdym ruchem bioder i skinieniem głowy chciały powiedzieć: "Jestem piękna". Gapiłam się na nie, nie mogąc uwierzyć w to co widzę, z zazdrością, bo nigdy nie widziałam na ulicach w Polsce tyle pozytywnej energii. I tylu pięknych kobiet na raz.
I nie jest to tylko kwestia diety czy klimatu. To nasza mentalność. Jak powiedział mi niedawno Maciej Zień, my nie pytamy, jak ja się w czymś czuję i czy czuję się dobrze, ale co inni powiedzą. Przeklęte zdanie, „co ludzie powiedzą”, skutecznie, od pokoleń, niszczy nam życie i uniemożliwia wysoką samoocenę. Bo dobra Matka Polka ma być skromna, zarobiona po pachy, ale, jak to określił jeden z polityków: „zawsze uśmiechnięta”. I dlatego Polki nie pomyślą nawet o tym, by powiedzieć o sobie „jestem piękna”. No bo co inni powiedzą, przecież nie chcę, pardon, nie mogę, być zarozumiała….
Jakby tego było mało, media, które mają ogromny wpływ na nasze postrzeganie świata, dają nam wzorce niemożliwe do spełnienia. Patrzymy na zdjęcia naszych gwiazd. Botoks goni lifting, wszystko doprawione ręką grafika komputerowego, który nóżkę odchudzi, twarz wygładzi i biust powiększy. Do tego każda zapewnia, że wręcz objada się ciastkami i białym chlebem, a szczupła sylwetka to dar natury, spacerów z psem i pozytywnego nastawienia do świata – niepotrzebne skreślić. Można jeszcze jeść cudowne tabletki, suplementy diety i zapomnieć o słowie „jedzenie”, bo od samego myślenia o nim się tyje, ale trupi efekt jaki widać na twarzach, które to reklamują, jest odwrotnie proporcjonalny do zakładanego. Poza tym, kogo stać na to, żeby dopłacać do samozagłady.
I tak w kółko. Do tego mamy w pracy koleżanki, które prędzej odrąbią sobie rękę, zamiast szczerze pochwalić nasz wygląd. My też nie jesteśmy lepsze. Bo nawet gdy ktoś nas w chwili zapomnienia pochwali, zaraz mówimy: "E, tam, to stara sukienka, ze śmietnika, szmateksu, od babci…Gdy ktoś mówi, że jesteśmy ładne, zaraz odpowiadamy: "Nie mam pieniędzy, nic mi w życiu nie wychodzi, a do tego mam pryszcze i krzywy nos, a rano nie weszłam w sukienkę"
To klasyczny zestaw. Każda z nas ma go zawsze przygotowany, prawda? Przecież nie powiemy o sobie głośno,” tak, jestem super, mam świetny tyłek w rozmiarze 42 i biust spory, ale za to własny i mogę dzięki temu uprawiać seks i latać samolotem, bez obawy o skutki uboczne”. Nasza samoocena, jak zresztą całego narodu, jest na poziomie Rowu Mariańskiego. Czyli niska. Zadbali o to też nasi rodzice, bo lepiej, żeby córka myślała, że jest brzydka, bo przynajmniej nie będzie puszczalska. A kto chciałby mieć córkę, co chodzi wyprostowana, dumna i zadowolona? Od razu widać, że zarozumiała i prowokuje wyglądem, a dziewczynka ma być skromna. I grzeczna, bo tylko takie idą do nieba. Taka jest wersja oficjalna.
I dlatego owe roześmiane Hiszpanki w sklepie w Madrycie będą długo niespełnionym marzeniem. Jednego jestem pewna: wyrosną z nich pewne siebie kobiety, które stojąc rano przed lustrem, będą umiały powiedzieć sobie: jestem piękna. A my? A nasze córki?
kolejny raz ktoś nazwał szambo, które fundujemy sobie sami po imieniu
Niewiele tutaj mam do dodania.
Wtedy nie było jeszcze internetowych forów, czyli szamba dla frustratów, ale przepowiednia kumpelki spełniła się co do joty. Nie było to miłe, ale w myśl jakże przydatnej w Polsce zasady, że co cię nie zabije to cię wzmocni, przeżyłam.
Te wspomnienia wróciły do mnie niedawno, kiedy przeczytałam, że po przeprowadzonych w ciągu ostatnich lat badaniach w 13 krajach świata, Polki, obok Japonek, uważają się za najmniej atrakcyjne na świecie. A mnie się wydawało, że Polki są piękne. One same, na co wskazują badania, z trudem uważają się za atrakcyjne, a słowo „piękna” nie przechodzi im przez usta. Za to Brazylijki i Rosjanki otwarcie mówią o sobie: ”piękna”, „atrakcyjna”… A nas tylko ściska zazdrość. Dlaczego?
Pamiętam szok, jaki przeżyłam rok temu w sklepie Zary w centrum Madrytu. Wyprzedaż. Szał zakupów. Lipiec w wielkim mieście. Upał. Parada odkrytych brzuchów, dekoltów, przezroczyste bluzki. W powietrzu zapach lata, spoconej skóry, dojrzewających w słońcu owoców.
Dokoła mnie szaleją trzy młode dziewczyny. Ubrane kolorowo, na oczach wszystkich, bo przebieralnie są pełne, mierzą sukienki. Dziewczyny mają po kilkanaście lat, nie mają wyglądu modelek, przeciwnie, ale śmieją się tak pięknie, dowcipkują, że nie mogę oderwać od nich wzroku. Na ziemi położyły stos sukienek na ramiączkach i przykładają je do siebie przed dwoma wielkimi lustrami. Jedna z nich, burza ciemnych włosów, typ urody Bellucci bez diety, rozmiar na oko 42, ale pięknie opalona, zakłada sukienkę na spodnie i natychmiast pozuje przed lustrem. „Bella!” słyszy od koleżanek, które cmokają z zadowolenia na jej widok. Śmieje się do swojego odbicia w lustrze. Widzę piękną dziewczynę, roześmianą, zadowoloną z tego, jak wygląda, bo widać jak turkusowy odcień współgra z kolorem jej skóry. Zaraz obok niej pojawiają się dwie pozostałe. Pozują przed lustrem. Sukienki z wiszącymi metkami, opinają ich ciała wcale nie w rozmiarze 34, ale one wyglądają genialnie. Pokazują sobie wałeczki, wypinają biusty i jedna drugą łapie za pupę… Cały czas dowcipkują, są głośne, my powiedzielibyśmy - źle wychowane, ale szczęśliwe. Bawią się modą i sobą. Dobierają paski i torebki. Równie młoda jak one ekspedientka widząc to, uśmiecha się i mówi tylko „Super!”. Po chwili dziewczyny wychodzą ze sklepu z torbami pełnymi sukienek, torebek i pasków. A ja stoję jak UFOlud patrząc na to z niedowierzaniem.
Kilka tygodni później sklep Zara, centrum handlowe w Warszawie. Dwie atrakcyjne, bardzo szczupłe dziewczyny, typ „białe kołnierzyki”, wyraźnie są na przerwie obiadowej. Zamiast obiadu - zakupy. Kostium, mimo gorąca rajstopy i wysokie szpilki. Delikatny makijaż, idealnie dobrane dodatki. O takich kobietach myśli się, mówiąc o legendarnej podobno urodzie Polek.
Słyszę dialog: ”Wczoraj jadłam tylko jogurt i banana, muszę wcisnąć się w te spodnie”, mówi jedna oglądając dżinsy. „A nie kupisz może większych?” pyta druga. „Co ty? Mam grubo wyglądać?”. „Nic dziwnego, że jesteś gruba, jak jesz banany, przecież one tuczą”, odparowuje druga. Znowu stoję jak UFOlud, bo nadal pamiętam trzy wesołe młode Hiszpanki i madrycką ulicę. Na niej bowiem przechadzały się, nie boję się tego słowa, całe stada dumnych, zadowolonych z siebie i pewnych siebie kobiet. Niemal żadna nie miała nawet rozmiaru 40, a wysokie obcasy, wydekoltowane suknie, obcisłe dżinsy i bluzki nosiły jak modelki na wybiegu. Z gracją i wzbudzającą podziw samoświadomością. Jakby każdym ruchem bioder i skinieniem głowy chciały powiedzieć: "Jestem piękna". Gapiłam się na nie, nie mogąc uwierzyć w to co widzę, z zazdrością, bo nigdy nie widziałam na ulicach w Polsce tyle pozytywnej energii. I tylu pięknych kobiet na raz.
I nie jest to tylko kwestia diety czy klimatu. To nasza mentalność. Jak powiedział mi niedawno Maciej Zień, my nie pytamy, jak ja się w czymś czuję i czy czuję się dobrze, ale co inni powiedzą. Przeklęte zdanie, „co ludzie powiedzą”, skutecznie, od pokoleń, niszczy nam życie i uniemożliwia wysoką samoocenę. Bo dobra Matka Polka ma być skromna, zarobiona po pachy, ale, jak to określił jeden z polityków: „zawsze uśmiechnięta”. I dlatego Polki nie pomyślą nawet o tym, by powiedzieć o sobie „jestem piękna”. No bo co inni powiedzą, przecież nie chcę, pardon, nie mogę, być zarozumiała….
Jakby tego było mało, media, które mają ogromny wpływ na nasze postrzeganie świata, dają nam wzorce niemożliwe do spełnienia. Patrzymy na zdjęcia naszych gwiazd. Botoks goni lifting, wszystko doprawione ręką grafika komputerowego, który nóżkę odchudzi, twarz wygładzi i biust powiększy. Do tego każda zapewnia, że wręcz objada się ciastkami i białym chlebem, a szczupła sylwetka to dar natury, spacerów z psem i pozytywnego nastawienia do świata – niepotrzebne skreślić. Można jeszcze jeść cudowne tabletki, suplementy diety i zapomnieć o słowie „jedzenie”, bo od samego myślenia o nim się tyje, ale trupi efekt jaki widać na twarzach, które to reklamują, jest odwrotnie proporcjonalny do zakładanego. Poza tym, kogo stać na to, żeby dopłacać do samozagłady.
I tak w kółko. Do tego mamy w pracy koleżanki, które prędzej odrąbią sobie rękę, zamiast szczerze pochwalić nasz wygląd. My też nie jesteśmy lepsze. Bo nawet gdy ktoś nas w chwili zapomnienia pochwali, zaraz mówimy: "E, tam, to stara sukienka, ze śmietnika, szmateksu, od babci…Gdy ktoś mówi, że jesteśmy ładne, zaraz odpowiadamy: "Nie mam pieniędzy, nic mi w życiu nie wychodzi, a do tego mam pryszcze i krzywy nos, a rano nie weszłam w sukienkę"
To klasyczny zestaw. Każda z nas ma go zawsze przygotowany, prawda? Przecież nie powiemy o sobie głośno,” tak, jestem super, mam świetny tyłek w rozmiarze 42 i biust spory, ale za to własny i mogę dzięki temu uprawiać seks i latać samolotem, bez obawy o skutki uboczne”. Nasza samoocena, jak zresztą całego narodu, jest na poziomie Rowu Mariańskiego. Czyli niska. Zadbali o to też nasi rodzice, bo lepiej, żeby córka myślała, że jest brzydka, bo przynajmniej nie będzie puszczalska. A kto chciałby mieć córkę, co chodzi wyprostowana, dumna i zadowolona? Od razu widać, że zarozumiała i prowokuje wyglądem, a dziewczynka ma być skromna. I grzeczna, bo tylko takie idą do nieba. Taka jest wersja oficjalna.
I dlatego owe roześmiane Hiszpanki w sklepie w Madrycie będą długo niespełnionym marzeniem. Jednego jestem pewna: wyrosną z nich pewne siebie kobiety, które stojąc rano przed lustrem, będą umiały powiedzieć sobie: jestem piękna. A my? A nasze córki?
kolejny raz ktoś nazwał szambo, które fundujemy sobie sami po imieniu
Niewiele tutaj mam do dodania.



bo ja nie..