No tak, temat długi i szeroki jak rzeka. Z moich własnych doświadczeń i doświadczeń znajomych wyniosłem, że absolutnie nie można być za dobrym dla kobiety. Im bardziej jesteś "ciepłą kluchą", tym gorzej dla ciebie. Po prostu kobiety to wykorzystują bezlitośnie. Oczywiście to nie znaczy, że należy przestać kobietę szanować, bluzgać na nią, czy nie daj Boże używać przemocy fizycznej. Potrzebna jest pewna oschłość, dystans. Zresztą pracuję nad tym ostatnio

Ze swojego przykładu napiszę, że przez pierwszy rok mojego nieudanego 2-letniego związku byłem właśnie taką ciepłą kluchą. Na każde jej zawołanie, przepraszałem za coś za co to ona powinna mnie przeprosić. A to kwiatki raz w tygodniu, a to kolacje przy świecach. Wiecie jaki był tego efekt? Po paru miesiącach gdy przyniosłem jej kwiatka, tak bez okazji, to nawet uśmiechu na jej twarzy nie zauważyłem. Po prostu okropne uczucie, no ale sam sobie byłem winien. Postanowiłem się zmienić, być bardziej stanowczy, nie ulegać, nie dać wejść sobie na głowę. Ale poskutkowało tylko na krótki czas. I tu jest właśnie ryzyko. Jeśli jesteś dla kobiety za dobry przez pierwsze miesiące, przyzwyczaisz ją do tego, a później ona wyczuje, że zmieniasz się na "gorzej", to istnieje duże prawdopodobieństwo, że cię zostawi. Tak było po części w moim przypadku. Po prostu gdy wyczuła, że nie jestem już takim 'pantoflem' jak kiedyś, że mam własne zdanie które umiem głośno wyrazić, to zaczęła się czuć mniej pewnie, wystraszyła się i nawet nie próbowała walczyć o nasz związek. Jednym słowem - z kobietami nigdy nie wiadomo jak jest. Ani tak dobrze, ani tak. Jedno jest pewne - dystans to podstawa. Nie dać sobie wejść na głowę, bo później bedzie coraz gorzej. A jeśli chodzi o te wszystkie kłótnie, strojenie foch itd. to uważam, ze to dziecinada. Oczywiście różnice zdań w związku są niezbędne, ale już ciągłe kłótnie, czy wręcz dopominanie się o to "by na mnie nakrzyczał" uważam za niepoważne. No ale różni ludzie, różne związki. Ja tam wolę dyplomatyczne, delikatne rozwiązywanie problemów
