przeglądając forum napotkałem nie jeden raz posty, w których jakiś zdołowany facet lat ok. 20-30 użala się nad swoimi problemami z relacjami z kobietami. Jak mantra powtarzały się sformułowania typu: "Żadna mnie nie chce", "Jestem potwornie berzydki", "Żadna mnie nigdy nie pokocha", "Mam X lat, a jeszcze nie mialem dziewczyny", "Idę do zakonu" (najmocniejsze ;-P) i ogólnie w tonie "Chciałbym a boję się". Czyż nie jest to żałosne, kiedy patrzy się na to tak obiektywnie, z boku, hm? Bo wydaje mi się, że kiedy urocze forumowiczki przeglądają tego typu litanie ogarnia je pusty śmiech (fatalnie) albo litość (jeszcze gorzej). Czyż to nie paradoks: facet chce jak nie wiem co żyć w związku, być kochanym i podziwianym przez ukochaną kobietę - a jednocześnie użala się nad sobą jak ostatnia...hmm... Ludzie, co wy chceie w ten sposób osiągnąć???
Dlaczego poruszam ten temat?
lOtóż sam przyjmuję (no dobra, przyjmowałem) podobną postawę. Mam 21 lat i jak do tej pory nie miałem jeszcze nikogo. Z tego powodu od dłuższego czasu odczuwam czasami straszny smutek i przygnębinie, czasami sam pociskam pierdoły typu "Nikt mnie widocznie nie chce, trudno", "Będę starym kawalerem", ba!, zauważyłem nawet, że otaczają mnie kolesie, któzy mają podobne problemy - czyli tworzymy zarąbiste grono, które nazwałbym "Stowarzyszeniem umarłych kochanków" (parafrazuję tytuł filmu z bodajże Robinem Williamsem (?)). Gadamy o babach, dizelimy się nasyzmi arcymądrymi i arcyracjonalnymi spostrzeżeniami na temat kobiet (bo oczywiście wszytskie są takie same
), słowem - jednoczymy w bólu... Cholera - jakie to żałosne, jak na to patrzę! Czyli wzajemnie podsycamy nasze domniemane cierpienie i wygodnie wycofujemy się w kwiecie wieku z życia tzw. płciowego (wiem, ze to głupie okreslenie).
Refleksja na ten temat naszła mnie po serii empirycznych doświadczeń, z których wynikało, że w 90% wypadków, w których zagaiłem rozmowę z jakąś fajną babką, która zachęciła mnie (może niezamierzenie) bardzo cieplym spojrzeniem, mogło być bardzo miło... Piszę "mogło", ponieważ ja oczywiście nie wykorzystywałem szans dawanyuch mi przez los (klasyczna, pożalówania godna, trema i sztywność faceta, który jeszcze "nie uswiadczył"
). Nie wykorzystywałem, ponieważ zraziłem się do kobiet, obrazilem na nie - doszedłęm do wniosku, że nie będę się zniżal do zabiegania o względy itp. A że dostałem parę koszy (normatywna liczba), podsyciłem tylko swoje uprzedzenia.
Panowie! Popatrzmy na siebie - chcemy czegoś z całego serca, a jednocześnie paraliżują nas nasze włąsne uprzedzaenia i dziwactwa
Ruszajmy więc do boju - sami wykuwajmy sobie życie! Bądźmy twardzi, nie przejmujmy się niepowodzeniami ("zraniony facet" - to też brzmi żalosnie, no nie?
) - a po pewnym czasie osiągniemy sukces... Zaimponował mi niejaki cubasa, któy opisłą swoje przjście od nieśmiałości do sukcesu - gość ma jaja i wziął sprawy w swoje ręce I takie refleksje naszły mnie ostatnio, kiedy w klubie bezmyślnie wpatrywałem się w piękny dekolt pewnej koleżanki, która jest baaardzo w moim typie i puszcza mi czasami dość wymowne spojrzenia - ale ja oczywiście nie zniżylem się do tego, żeby ją najzwyczajniej w świecie "zarwać"
.
Odnośnie tych wspomnianych spojjrzen kobiet - podkreślam, ze przeceniam swoich walorów, jestem factem DOŚĆ (standardowo - dałbym sobie pewnie 7,5 w skali 10-cio stopniowej) przystojnym, ale bez rewelacji, czyli normalnym, przeciętnym zwyczajnym - czyli takim samym jak większość z Was, którzy mają podobne problemy.
Wyznaczamy sobie cel - dążymy do niego - albo strzelamy sobie w leb...
Bardzo cieszyłbym się, gdyby ktos zrozumiał moje wywody i podpisał się pod powyższym APELEM





co nie zmienia faktu...


może nie być odpowiednio wykwalifikowany.
Nie, wcale 

ich strzela i cierpliwosc sie knczy.