Przejrzałem już trochę forum, znalazłem dosłownie parę postów dotyczących mojego problemu. Chciałbym podzielić się z Wami moim problemem oraz poradzić (szczególnie kobiet), czy można się tego problemu w większym stopniu pozbyć.
Do rzeczy:
Mam 20 lat, 165 cm wzrostu i ważę aż 48 kg. Od lat mój niski wzrost i mała waga są moim jednym wielkim przekleństwem, szczególnie od momentu, kiedy zacząłem interesować się kobietami. Ilekroć nie próbowałem poznać się bliżej z jakąś kobietą, zwykle spotykałem się z odrzuceniem. Niektóre z nich wspomniały o moim wyglądzie. Od tego czasu w mojej głowie rozpętało się piekło. Zacząłem cierpieć na kompleksy, moja samoocena gwałtownie spadła (chociaż nigdy nie była ona wysoka).
Z biegiem czasu zacząłem się coraz bardziej bać nawiązywania bliższych kontaktów damsko-męskich.Każdą porażkę przypisywałem (i przypisuje do dziś) swojemu wizerunkowi zewnętrznemu. Żeby było zabawniej, kiedyś byłem bardzo nieśmiały, tak więc samo nawiązanie kontaktu z kobietą przysparzało mi kłopotu. Po jednej z terapii psychologicznych pozbyłem się problemu nieśmiałości, jednak syndrom "chudzielca kurdupla" pozostał nadal...
Pewnego dnia postanowiłem spróbować swych sił w internecie. Był to chyba jeden z moich największych błędów, jaki mogłem popełnić. Od tego momentu, im więcej próbowałem, tym bardziej utwierdzałem się w fakcie, że jestem do niczego. Fajnie się rozmawiało dopóki nie pokazałem swojego zdjęcia, tudzież nie spotkałem się z rozmówczynią. Efekt był taki, że dana dziewczyna z reguły nie chciała się już więcej spotkać, a kontakt w internecie szybko się urywał. Dodatkowo, moją piętą Achillesową było moje zbyt szybkie angażowanie się w kontakt. Zawsze taki kontakt ciężko odchorowywałem i za każdym razem obiecywałem sobie, że następnym razem będzie lepiej. Tym większe spotykało mnie rozczarowanie, kiedy okazywało się, że znów trafiałem do punktu wyjścia. Z biegiem czasu zacząłem sobie obiecywać co innego... już nigdy więcej się nie zaangażuje - chcę mieć święty spokój !
I wszystko byłoby ok, gdyby nie zaczęło to nade mną ciążyć. Co jakiś czas uczucia dopominały się o swoje. Tymczasem ja uroiłem sobie, że nie mogę mieć dziewczyny, ponieważ źle wyglądam i wstyd jest się ze mną pokazać. Większość kobiet lubi wysokich i dobrze zbudowanych facetów, stąd moja osoba jest z miejsca przegrana. Do dziś dnia walczę z samym sobą - moje urojenia kontra naturalne uczucia. Spodoba mi się jakaś dziewczyna, to natychmiast sobie tłumaczę, że nie mogę z Nią być - "Źle wyglądasz, daj sobie spokój". Blokada jest coraz większa w zależności od stopnia atrakcyjności dziewczyny. Im atrakcyjniejsza, tym opór jest większy - "Nawet o Niej nie myśl".
Pech chciał (mimo, że ostatnimi czasy próbuje non stop oszukiwać samego siebie), że jestem uczuciową osobą i potrzebuje jednak tych uczuć i bliskości. Jest mi z tym wszystkim bardzo ciężko. Cały czas boję się, że nigdy sobie nikogo nie znajdę i zostanę kompletnie sam. Przestałem już wierzyć w miłość ze wzajemnością w moim przypadku. Kiedyś jeszcze naiwnie próbowałem, łudziłem się, że może jednak się uda. No i owszem 2 razy się udało - pierwszy związek skończył się po 4 miesiącach (nie potrafiliśmy się dogadać), a drugi po miesiącu (Ona tylko się zauroczyła). Jeden i drugi miał cechę wspólną: kompleksy.
Od tego ostatniego minął rok. Bardzo się w niego zaangażowałem, dałem z siebie wszystko, wiązałem z nim duże nadzieje. Po nim nastąpiła kulminacja mojej wewnętrznej blokady. Panicznie boję się spróbować znaleźć swoje szczęście. Cały czas ciąży nade mną kwestia mojego wyglądu i tego, że dzięki niemu, prawie żadna kobieta nie chce na mnie zwrócić uwagi. Nie potrafię, już z tym dłużej żyć. Popadam w skrajności. Jednego dnia wydaje mi się, że nikogo nie potrzebuje, a drugiego marzę o cudzie w postaci zainteresowania moją osobą. Na zewnątrz ludzie nie widzą tej mojej "wojny" uczuć. Jestem raczej osobą komunikatywną, na brak koleżanek nie narzekam, dla niektórych znajomych dziwnym jest wręcz fakt, że jestem sam.
Chwyciłem się, wydaje mi się, ostatniej już deski ratunku - siłownia. Zacząłem ćwiczyć, mimo iż nadal nie wierzę do końca w to, że ten zabieg może coś zmienić. Traktuje to wręcz jako mus, żebym nie mógł sobie zarzucić, że kompletnie nic nie próbowałem z sobą zrobić.
Drogie Panie. Czy w moim przypadku jest możliwe, abym mógł poznać prawdziwą, normalną, wartościową kobietę? Wyglądam jak wyglądam, niewiele mogę z tym zrobić, a pragnę szczęścia tak samo jak inni.
Przepraszam, że tak dużo napisałem, mam nadzieję, że chociaż jedna z Was to przeczyta i doradzi mi coś ciekawego w tej kwestii.
Z góry dziękuję i pozdrawiam






bez jaj.
Wiec na tym bazuj. Masz 20 lat iec nie szukaj zony. Szukaj dziewczyny z ktora sie zabawisz. I nie musi to byc poznany na dyskotece pustak. Raczej nawet unikalbym poznawania dziewczyn na dyskotekach (nie wiadomo ilu facetom zrobisz loda calujac ja). Ale nie podchodz do zwiazkow tak strasznie powaznie i na sztywno. Romantyzm jest fajny jesli chcesz sobie podciac zyly z powodu niespelnionej milosci. zreszta generalnie o tym byl ten caly romantyzm jako epoka. O wielkich uczuciach i co wazne: niespelnionych. Wiec troche poluzuj te uczucia, to moze sie kiedys jakies spelni.
... mimo, że lubię wyjść się pobawić jak mam na to czas i możliwość
A moj hymn to "Narcyz" zespolu Łzy


![.[:D]. [:D]](./images/smilies/zadowolony.gif)
to nią sie zdobywa kobiety i choc nie wszystkie , to jednak .