Czemu to wszystko jest tak trudne,czemu wszystko psuje się z biegiem lat.Dlaczego nie może zawsze być tak dobrze.Jesteśmy z moim narzeczonym razem juz 5 lat.Mamy rocznego synka,mały Skarb

,ale między nami bywa różnie.Kiedy jest wszystko dobrze On jest kochany i słodki,dobry,po prostu do rany przyłóż,ale kiedy sie pokłócimy to już jest wojna na śmierć i żcie a póżniej nie odzywanie sie do siebie przez 3 dni.On ma juz taki charakter,że musi dochodzić do siebie po byle jakiej kłótni a ja na tym cierpię,ponieważ ja uspakajam się natychmiast,nie potzrebuje czasu na "dochodzenie do siebie".Bardzo się różnimy,ale jesteśmy tacy podobni.Ja doskonale wiem ile jest w tym,że sią kłócimy mojej winy,ale moja druga połówka niestet niema tego daru

On twierdzi,że ja mu sie we wszystko wpieprzam,że nie daję mu wolności,a czego on cholera ode mnie oczekuje?To chyba oczywiste,że kiedy pojawiają sią plany na wspólną przyszłość i dziecko to równa się z tym,że trzeba jakoś zmienić swoje życie i światopogląd

no ale moja druga połówka nadal żyje w stanie kawalerskim i obawiam się,że juz tak zostanie

co w takim razie zrobic?Rzstać się z rozsadku-no nie-to nie wchodzi w grę,więc co??Proszę o pomoc.