Jedni rozumieją przez to wydłużenie okresu beztroski, nawet wynudzenie się na śmierć.
Inni "róbta co chceta". Inni jeszcze, cioranie się w życiu cały czas i pod każdym kątem. Jeśli boli - wiedzą, że żyją. Inni, pewnikiem, jeszcze inaczej to rozumieją.
Czy brak odpowiedzialności za innego człowieka (czy dużego, czy maleńkiego) można nazwać "używaniem życia"? Czy jest jakiś okres w/wymienionego, czy usprawiedliwienie niewspółdzielenia życia z innym człekiem?
Kiedy i jak "używacie życia" i jak to rozumiecie?


Ale to wina zrytego środowiska 

).






